Zaryzykowałem. Poszedłem na polski film.

Stać mnie.

W korytarzu leciał zwiastun „Furii” z Bratem Pitem i Sziją Lebuf.

„Albo ty zabijesz jego, albo on Ciebie.” – mówił Brat Pit do młodego kozika, który miał problemy z aklimatyzacją.

Czaicie jaka jest przepaść?

W naszych filmach Niemcy to siła przyrody, coś nieuchronnego, w obliczu czego można zginąć honorowo, lub być niemiłym dla żydów. Trzeciej opcji nie ma. Nikt przecież nie uwierzy, że Niemców można pokonać. Nikt ich niczym nie zabija. Karabiny to są, żeby porobić „ratatatatata” i zginąć, nucąc Szopena.

Przez to postaci Niemców to są też raczej proste. Niemiec albo jest Niemcem-bezdusznym-zabijaką, co to morduje milijony i hajluje przez sen, albo takim, co to mięknie, odnajduje dobro, dając głównemu bohaterowi pograć na pianinie, a reżyserowi Oskara.

I niestety każdy polski film o wojnie to ramota taka, że aż głupio, że ci ludzie naprawdę ginęli.

A zagranico, walą z grubej rury nawet w telewizji śniadaniowej. Np. Doctor z serialu „Doctor Who”. W jednym odcinku rozmawia z kosmitką (babką w gumowym stroju a’la ludzik Michelin po nieudanej wulkanizacji, stojącą obok statku skrojonego z planu „Przybyszów z Matplanety”).

Kosmitka – „Nie zabiłam jej.”
Doktór – „Oszczędziłaś jedną, to żadna nowość. Od czasu do czasu komuś się udaje, bo się uśmiechnął, bo miał piegi, bo błagał. W ten sposób żyjesz sama ze sobą.
Tak usprawiedliwiasz zabijanie milionów – bo czasami, jak wiatry są naprawdę pomyślne, zdarza Ci się być miłą.”

Niby taki biedny serial, a Polskich scenarzystów odstawia na pierwszej prostej. Ocenia morderców, prosto i bezpretensjonalnie, nie kombinuje, nie jojczy, nie przeprasza za Jedwabne.

Dlaczego o tym piszę?

Bo mam wizję!

Widzę Polskę, w której ludzie zrzucili kajdany bierności, otrząsnęli się z okupacji i porażek.

Polskę, w której młody człowiek gdy zobaczy ruchome schody, to po nich idzie! Odważnie, łapie się gumowej poręczy i zasuwa, nie patrzy na rodzinne tradycje i idzie!

A nie kurwa stoi jak bosy chuj na środku i blokuje przejście uczciwym obywatelom, grzebiąc w reklamówce z H&M jakby miała mu dzieci urodzić.

Małe ofiary wielkich idei.

Raport lokomotywy sporządzony przez GRU po przerypanej akcji z rakietami na Kubie przedstawiał zachodni kapitalizm jako – zgadliście – lokomotywę. Taką dużą, buchajacą parą i ociekającą smarem. Taką, której nawet największy komsomolec nie zatrzyma nawet największym wysiłkiem.

Dało się go streścić do krótkiego „mamy przejebane towarzyszu Chruszczow”.

Jednak istniała iskierka nadziei, światełko w tunelu, jedna śrubeczka, która poluzowana miała wykoleić dekadencki zachód i jego burżuazyjny kapitalizm.

Ropa.

Niestety z ropą nie wyszło. Rosja przerżnęła. To wszyscy wiedzą z lekcji historii.

Nie wszyscy natomiast wiedzą o „raporcie iPhona”.

Imaginujcie sobie, że po dojściu do władzy Putin z kolegami zaczęli knuć. Siedzieli i knuli, dniami i nocami. I znowu wyszło, że Rosjanie zdegenerowani, tylko piją i biorą krokodyla, pieniędzy nie mają, a mocarstwem chcą być.
Zgodnie ze starym zwyczajem, wierchuszka nie kombinowała jakby tu poprawić sytuację w Rosji, tylko jak zepsuć zabawę reszcie.

Posłali do FSB po nowy raport i już po tygodniu mieli nową linię zimnej wojny.

Zakładała ona, że wszystko czego będzie używał człowiek zachodu będzie miało baterię. Przez co wszystko będzie miało „jedną kreskę baterii”, albo będzie się właśnie ładować.

Wtedy Putin zaatakuje pod wieczór, kiedy wszystkie czołgi będą rozładowane od robienia zdjęć jedzenia i zdobędzie Europę bez jednego wystrzału.

I powiem wam, że plan „troszku” wypalił, bo przed chwilą rozładowała mi się książka i nie mogę znaleźć ładowarki…

Uciekłem z facebooka.

Wczoraj po kościele miałem plan uciec na chwilę z miasta. W kościołowym garniturku i umytym samochodzie wyjechałem sobie w moją ulubioną trasę, a tam, na pierwszej większej ulicy samochody stoją, a obok nich właściciele.

„Ruscy weszli i ludzie zaczynają uciekać” – to pierwsze o czym pomyślałem.

Całe szczęście pan z BMW wytłumaczył mi, że jest „kurwa maraton”.

Korek nie ruszył się ani o metr przez 15 minut, więc zacząłęm kombinować. (Nie po to jade do mamy, żeby jeść zimne kartofle.) W filmowym stylu zawróciłem i zacząłem uciekac bocznymi uliczkami. Zasuwałem jak Steve McQueen w „Great Escape”, niestety Dutkiewiczenko zamknął ulicę przy aquaparku i wobec braku innych opcji byłem zmuszony zaparkować i poczekać aż te ćwoki przebiegną.
Trwało to ponad 45 minut, więc wzorem towarzyszy niedoli poszedłem sobie „pokibicować”.

Całkiem spora grupa ludzi stała przy ulicy, na zmianę krzycząc na policjantów pilnujących interesu i rzucając nienawistne spojrzenia w stronę amatorów obtartych pachwin.

Jeden z „kibiców” skradł moje serce. Przez pewien czas lustrował milcząco biegnących, a gdy zauważył, że jeden MWiZWO zamiast biec idzie sobie spacerkiem, warknął do niego: „Szybciej cioto, bo mi się śpieszy!”.

I tamten zaczął biec.

Węgloturysyka!

Kiedyś podczas podróży przez Bytom – miasto zapomniane przez nawet najegzotyczniejsze bóstwa – w głowach moich współpasażerów narodził się pomysł, który w perspektywie musi zrewolucjonizować sposób w jaki jeździmy na wakacje.

Węgloturysyka!

Jak to wygląda teraz?

Na wysokości października niebo w Polsce przesłania gęsta pokrywa chmur, która utrzymuje się do kwietnia. Przez to do listy rzeczy mających kolor betonu, obok bloków i dróg, dopisujemy niebo. Jasno się robi o 10 rano, ciemno o 15. Do tego dochodzi nudna praca w Galerze Handlowej, albo korpo.
No książkowy materiał na samobója, albo chociaż fixum-dyrdum i alkoholizm.

Dlatego każdy kto może, w środku „okresu betonowego” pakuje się i leci na all excuse me, do Szarmy albo Maroko. Tam krzyczy na Arabusów, pije drinki w basenie, patrzy na niemiecką geriatrie i piramidy – wiedzie piękne, dobre, beztroskie życie.

Po czym wraca, doznaje szoku i ma jeszcze gorszą depresję niż przed wyjazdem.

A jakby tak na ten tydzień pojechał do Bytomia. Przerobił półtora etatu w ichnim zdiumie wylewając asfalt. Pospał na tapczanie pachnącym tow. Wiesławem. Jadł tylko pomidorową z ryżem i kopytka w sosie. Popijałby to żubrem i meczem ekstraklasy.

Pierwszego dnia po urlopie przyszedłby do roboty na 7.

Bez tytułu!

Oblałem dzisiaj 10 książek lodowato zimną wodą i teraz nie będzie już choroby ABS, która podobno dziesiątkuje Dolny Śląsk. Na dodatek, z tego co słyszałem, moje lajki dostarczono już do Sudanu i podobno kopią nimi studnie.

Jak już tak pomogłem światu postanowiłem sobie coś zjeść. Na mieście. A co. Stać mnie.

Jedząc przypomniałem sobie o tym jak ładna była Debbie Harry jak śpiewała „One Way or Another”, albo Buddy Holly… Oczywiście w tym momencie rzuciłem wszystko włącznie ze sztućcami i zacząłem zastanawiać, poważnie i długo, jak ona się właściwie nazywała.
Jak pewnie się domyślacie smartfon mi się rozładował. Już pal sześć, że nie sfotografowałem jedzenia, ale nie mogłem sprawdzić.

Zdesperowany postanowiłem zapytać pani kelnerki. Akurat podeszła. Pytam więc: „Przepraszam panią, czy wie pani może kto śpiewał „One Way or Another”?”

„One direction” – odpowiedziała.

„Kto kurwa?” – pomyślałem uśmiechając się przyjaźnie.

Wróciłem do domu, sprawdziłem – jakieś chłopaki z Anglii, nawet fajny kower, żywy taki.

Ale wiecie co jest najlepsze? Pieniądze z ich teledysku idą na biednych murzynów. Oglądając go pomogłem murzynom!

Jestem XXI wiecznym Mefistofelesem „tej siły cząstką drobną, co chce sobie tylko obejrzeć teledysk i zawsze sprawia dobro.”

Świetna ta nowoczesna jałmużna.

W lesie tylko z karabinem i śmieszną czapką.

Ostatnio w internecie dużo osób z wykształceniem zdobytym na polskich uniwersytetach wzięło się za odkrywanie przede mną najskrytszych pragnień Włodzimierza Putina i wyjaśnianie mi dynamiki geopolitycznej ostatnich miesięcy.

Szczerze to wolałbym żeby jednak zostali przy spostrzeżeniach na temat tego, że ten Donald Tusk z koleżkami to chyba sobie podbierają pieniądze z budżetu. Nieźle też sobie radzili z zauważaniem, że wyjebanie 6 mln na zdjęcia Marlin Monroe i kserokopie byków, to nie jest materiał na drugie google.
Tego generalnie radziłbym się chłopcom trzymać, bo to co teraz wypisują o Ukrainie i roli Polski w tym wszystkim, to jest wyższy poziom pierdolenia przy kolegach.

Niestety ja, moje poglądy i rozeznanie, też są owocem brudnych, zatęchłych lędźwi Ministerstwa Edukacji Narodowej, dlatego nie wytłumaczę wam co się właściwie, kurwa, na tej Ukrainie stało, bo sam nie mam pojęcia.

Wiem za to jedno. Ni kutasa nie dam głowy w obronie III RP. Już bez maszerujących Bolszewików poważnie rozważam emigrację,a perspektywa przedwczesnego pójścia do piachu jakoś mnie nie zachęca do pozostania.

Dla tych, którzy z jakiegoś powodu strasznie chcą zostać, zostawiam krótką rozpiskę polskiego bohatera.

1. Zastanów się w obronie jakiego gmachu zginiesz.

Do wyboru jest cały wachlarz urzędów skarbowych, ZUSów, Tesk, Kerfurów, kilka stadionów, setki kilometrów dróg ekspresowych i twoje miejsce pracy, oczywiście oparte w 100% na polskim kapitale.

2. Zastanów się w obronie jakiej swobody zginiesz.

Znowu wybór jest spory: począwszy od prawa do bycia kontrolowanym przez urzędy i prawa do płacenia obowiązkowych składek, poprzez prawo do bycia biednym, na prawie do głosowania w przekręconych wyborach skończywszy.

3. Zastanów się dlaczego zginiesz.

Może dlatego, że nigdy nie trzymałeś w ręku karabinu, a państwo pilnowało, żebyś do żadnego się nawet nie zbliżył. Albo dlatego, że wojsku na każdego piechura przypada czterech urzędników?

Wybieraj, ja tam wole żeby moje serce zostało jak słynna czarnoskóra piosenkarka – Beyonce.

Rzeczy, które są „jak szachy”.

Z racji prostej konstrukcji i bezrefleksyjnego usposobienia kompletnie nie potrafię grać w szachy. Przez lata kosztowało mnie to wiele szykan i nawet naraziło na pewien ostracyzm – jak tylko zdążyło mi się zagrać z lokalnymi faszystami, od razu wszyscy dookoła z lubością cytowali Korwina, w szczególności ten fragment o „szachach dla debili”.

Smutno mi było z tego powodu – to się postanowiłem podszkolić. Poznałem podstawy, otwarcia, pograłem trochę w internetach, pooglądałem zdjęcia jak Bobby Fisher siedzi gdzieś w dżungli (żeby się za bardzo nie wciągnąć).

Po jakimś tygodniu średnio intensywnej nauki okazało się, że byłem okłamywany przez całe życie.

Większość rzeczy o których mówi się, że są jak szachy, nie jest jak szachy. Wcale. Kolarstwo, pływanie, piłka nożna itd. pomimo tego co mówi Szaranowicz nie są nawet odlegle spokrewnione z szachami.

Na przykład taki boks – świetny sport, w którym zwaliste jak Kamaz, wschodnioeuropejskie chłopy naparzają się z twardymi jak onyks Murzynami, czy zwinnymi jak tortilla Latynosami. Sukces osiągają tylko ci, którzy zachowują niesłychanie delikatny balans pomiędzy siłą, szybkością, opanowaniem i agresją. Dlatego w takich latach dziewięćdziesiątych poziom współzawodnictwa, był po prostu niemożliwy do ogarnięcia dla zwykłego śmiertelnika. Nasz Andrzej, Tyson i Lewis, De La Hoya i reszta – bili i wyglądali tak, że można by ich rzeźbami wypełnić nowy Partenon.

Jednak pomimo tych wszystkich zalet i subtelności boks to nie szachy. Nie ma tam ani gambitów hetmańskich, ani obron sycylijskich, nie ma nawet partyj szkockich, wiedeńskich, czy hiszpańskich. Nic.

Najlepsza taktyka jest taka, żeby przyjebać temu drugiemu tak żeby zgasić światło. Po prostu. Nikt mi nie wmówi, że Andrzej w szczytowej formie był wybitnym taktykiem. Był duży, mocno napierdalał – dlatego był dobry, a nie dlatego że wiedział gdzie w końcu jest to Czikago, albo która ręka jest lewa.

„Adam, dlaczego właściwie o tym piszesz?” – zapytacie.

Śpieszę odpowiedzieć, że zmusiła mnie do tego dyskusja podsłuchana u moich faszyzujących znajomych, na temat: „dlaczego właściwie kobiety zostają feministkami”. Wszyscy oczywiście potępiali idee feminizmu, ale jednocześnie wykazywali się dużą dozą dobrej woli i szukali okoliczności łagodzących, traum z dzieciństwa, wpływu telewizji, chmury z Czarnobyla itd.

A tu nie ma co kombinować. Feminizm też nie jest „jak szachy”.

Jak kobitka jest gruba, brzydka i przemądrzała tak, że nikt nie chce jej kijem od kukurydzy szturchnąć to zostaje feministką.

Koniec kropka.